KIEDY GAŚNIE ŚWIATŁO, NIE GAŚ CZŁOWIEKA.
O nastolatkach w spektrum autyzmu, których skutki zachowania dorośli interpretują jako wybór nastolatków, a nie jako sygnał przeciążonego układu nerwowego.
W mojej praktyce zawodowej zaskakująco często słyszałam te same słowa: „On zrobił awanturę o zwykłe zakupy”, „Rozpłakała się, bo zmieniliśmy plan dnia”, „Trzasnął drzwiami i powiedział, że ma wszystkiego dość i że nas nienawidzi”. Znacie to?
Kilka dni wcześniej ci sami rodzice usłyszeli od otoczenia: „Przecież to już nastolatek”, „Powinien umieć nad sobą panować”, „To zwykły bunt, więc ukróć mu internet”, „Za bardzo mu na wszystko pozwalacie”.
Patrzyłam na tych rodziców i widziałam ich bezradność. Nie dlatego, że nie wiedzieli, jak wychowywać swoje dziecko. Dlatego, że każdego dnia musieli tłumaczyć światu coś, czego świat wciąż nie chce zrozumieć.
Może więc zamiast pytać: „Dlaczego on znowu tak się zachował?”, powinniśmy zapytać: „Co jego układ nerwowy próbował nam właśnie powiedzieć?”. To pytanie zmienia perspektywę.
Kiedy mówimy o przeciążeniu sensorycznym, większość osób wyobraża sobie małe dziecko zatykające uszy lub płaczące w hałaśliwym miejscu. Rzadko myślimy o siedemnastoletnim chłopaku, czy o szesnastoletniej dziewczynie. A przecież dojrzewanie nie sprawia, że układ nerwowy nagle zaczyna odbierać świat inaczej. Wręcz przeciwnie.
Okres dorastania jest jednym z najbardziej wymagających etapów życia. Zmienia się ciało. Szaleją hormony. Pojawia się coraz większa presja szkolna. Rosną oczekiwania społeczne. Relacje stają się bardziej skomplikowane. Świat wymaga samodzielności. Układ nerwowy nie dostaje mniej bodźców. Dostaje ich znacznie więcej. Dlatego właśnie wielu nastolatków w spektrum zaczyna doświadczać przeciążeń częściej niż w dzieciństwie. Nie dlatego, że są mniej dojrzali. Dlatego, że codziennie dźwigają ciężar, którego otoczenie zwyczajnie nie widzi. Przeciążenie nie zawsze wygląda jak krzyk. Czasem wygląda jak milczenie. Jak zamknięcie się w pokoju. Jak odmowa wyjścia do szkoły. Jak wybuch złości po całym dniu spędzonym na udawaniu, że wszystko jest w porządku. Jak odpowiedź: „Zostaw mnie.”

To nie zawsze bunt. To bardzo często organizm, który mówi: „Nie jestem już w stanie przetworzyć ani jednego bodźca więcej.”
Najbardziej niepokoi mnie jednak coś innego. Im starszy jest nastolatek, tym mniej wyrozumiałości okazuje mu świat. Małe dziecko może być zmęczone. Nastolatek powinien się kontrolować. Małe dziecko może płakać. Nastolatek ma być odpowiedzialny. Małe dziecko może się bać. Nastolatek ma sobie poradzić. Tymczasem neurobiologia nie zna pojęcia: „Powinieneś już z tego wyrosnąć.”
Układ nerwowy nie dojrzewa dlatego, że ktoś skończył piętnaście czy siedemnaście lat. On nadal reaguje na przeciążenie. Nadal potrzebuje bezpieczeństwa. Nadal potrzebuje odpoczynku. Nadal potrzebuje zrozumienia. To nie oznacza, że nie stawiamy nastolatkom granic. Granice są ważne, ale nie mogą zastępować zrozumienia. Jeśli każde przeciążenie nazwiemy niegrzecznością, młody człowiek bardzo szybko uwierzy, że problemem jest on/ona sam/sama. A przecież problemem nie jest jego czy jej charakterem. Problemem jest przeciążony układ nerwowy, który od miesięcy próbuje sprostać wymaganiom świata.
W mojej książce „Mam skrzydła, ale naucz mnie latać” piszę o tym, że okres dojrzewania jest dla wielu młodych ludzi w spektrum momentem szczególnie trudnym. To właśnie wtedy narastają wymagania społeczne, szkolne i emocjonalne, a przeciążenia często stają się bardziej widoczne niż kiedykolwiek wcześniej. Pokazuję również, jak łatwo pomylić sygnały przeciążenia z nieposłuszeństwem, lenistwem czy buntem, jeśli patrzymy wyłącznie na zachowanie, a nie na jego przyczynę.
Marzę o tym, abyśmy przestali oceniać nastolatków wyłącznie przez pryzmat tego, co robią. Spróbujmy zrozumieć, dlaczego to robią. Zachowanie jest komunikatem. A każde zachowanie opowiada jakąś historię, najczęściej trudną. Pytanie tylko, czy jako dorośli chcemy ją usłyszeć.
„Najbardziej krzywdzące nie jest to, że nastolatek czasem traci kontrolę. Najbardziej krzywdzące jest to, że dorośli zbyt często tracą ciekawość tego, co doprowadziło go do tej granicy – Magdalena Kosiń.
