WILKI NIE ZAWSZE WYJĄ. CZASEM ZAPRASZAJĄ DO STADA.
Za mną kolejne dni konsultacji i rozmów z rodzicami nastolatków w spektrum autyzmu. Kiedy kończę ostatnią konsultację i w gabinecie zapada cisza, zostają ze mną nie tylko słowa, ale przede wszystkim obrazy. Mama, która z ulgą opowiada, że syn po raz pierwszy od miesięcy został zaproszony przez kolegów na wspólne wyjście. Ojciec, który mówi z nadzieją: „Może w końcu znalazł swoich ludzi…”. A kilka tygodni później ten sam telefon. Ten sam drżący głos. Okazuje się, że nastolatek nie został zaproszony dlatego, że ktoś chciał go poznać. Stał się obiektem żartu. Wykorzystano jego ufność, jego dosłowność, jego ogromne pragnienie bycia częścią grupy.
Takich historii nie da się zapomnieć. Za każdym razem myślę wtedy o tym, jak bardzo człowiek potrzebuje przynależności. I jak niewiele potrzeba, by tę potrzebę zamienić w narzędzie do zadawania bólu.
Może więc zamiast pytać: „Dlaczego on znowu dał się oszukać?”, powinniśmy zapytać: „Jak bardzo musiał być samotny, skoro uwierzył, że tym razem ktoś naprawdę chciał go zaprosić?”
To pytanie zmienia wszystko. Nastolatek (chłopak i dziewczyna) w spektrum autyzmu nie różni się od swoich rówieśników w jednym fundamentalnym pragnieniu. On czy Ona również chce mieć przyjaciela bądź brzyjaciółkę. Chce należeć do grupy. Chce dostać wiadomość z pytaniem: „Idziesz z nami?”. Chce śmiać się z innymi, planować wakacje, rozmawiać wieczorami, czuć, że dla kogoś jest ważny.
Problem polega na tym, że droga do tych relacji bywa dla nich znacznie trudniejsza. Trudności w odczytywaniu intencji innych ludzi, dosłowne rozumienie wypowiedzi, większa ufność, kłopot z rozpoznawaniem manipulacji czy ukrytych znaczeń sprawiają, że część nastolatków w spektrum staje się bardziej podatna na wykorzystanie. Nie dlatego, że są naiwni z wyboru. Dlatego, że wierzą w szczerość tam, gdzie inni ukrywają swoje prawdziwe intencje.
To właśnie ta wiara bywa bezlitośnie wykorzystywana. Nie przez wszystkich rówieśników. Wielu młodych ludzi potrafi być empatycznymi, lojalnymi przyjaciółmi. Niestety wystarczy kilka osób, które dla rozrywki postanowią „wkręcić”, ośmieszyć czy zmanipulować kolegę bądź koleżankę, aby pozostawić ślad na długie lata.

Odrzucenie boli. Wyśmianie boli bardziej i rani na długo. Najbardziej boli sytuacja, w której przez chwilę uwierzyło się, że w końcu znalazło się swoje miejsce.
Rodzice doskonale znają ten lęk. Boją się, że ich dziecko nie rozpozna złych intencji. Obawiają się, że ktoś namówi je do zachowań, których nie rozumie. Stanie się „maskotką grupy” – tolerowaną tylko po to, by później z niej zakpić. Będzie wykorzystywane emocjonalnie, finansowo albo stanie się łatwym celem internetowego nękania. To nie są wyolbrzymione czy wymyslone obawy. To są historie, które zbyt często trafiają do gabinetów terapeutów, mojego niestety też.
Wakacje dodatkowo uwypuklają ten problem. Podczas gdy wielu nastolatków spontanicznie spotyka się z przyjaciółmi, wyjeżdża razem na wycieczki czy spędza wieczory poza domem, młodzi ludzie w spektrum często zostają sami. Telefon milczy. Wiadomości nie przychodzą. Zaproszeń brak.
Samotność ma wtedy więcej czasu, by mówić. To właśnie w takich momentach wielu z nich ponownie wybiera świat wirtualny. Nie dlatego, że odrzucają ludzi. Wręcz przeciwnie. Robią to dlatego, że ludzie zbyt wiele razy odrzucili ich.
W poprzednim felietonie pisałam, że ekran często nie jest problemem, lecz schronieniem. Dziś chciałabym dodać jeszcze jedną refleksję. Największym marzeniem większości nastolatków w spektrum nie jest lepszy komputer ani nowszy telefon. Największym marzeniem jest prawdziwy przyjaciel.
Niepokoi mnie również to, jak często dorośli bagatelizują relacje rówieśnicze. Skupiamy się na ocenach, egzaminach, rozwijaniu zainteresowań. Tymczasem brak bezpiecznych relacji nie jest „dodatkowym problemem”. Jest jednym z najważniejszych czynników wpływających na zdrowie psychiczne młodego człowieka. To właśnie w relacjach buduje się poczucie własnej wartości. W relacjach uczymy się ufać. I w relacjach najboleśniej uczymy się, że świat bywa niebezpieczny.
Dlatego rolą dorosłych nie jest jedynie ostrzeganie nastolatka przed ludźmi. Naszym zadaniem jest także pomaganie mu rozpoznawać dobre relacje. Pokazywanie, że prawdziwa przyjaźń nie wymaga udowadniania swojej wartości, nie ośmiesza, nie stawia upokarzających warunków i nie każe płacić za przynależność.
W mojej trzeciej książce „Mam skrzydła, ale naucz mnie latać” poświęcam wiele miejsca właśnie relacjom rówieśniczym. Piszę o ogromnej potrzebie bliskości i jednoczesnym lęku przed nią. O tym, jak bezpieczne relacje potrafią odbudowywać poczucie własnej wartości, a ich brak zostawia ślady sięgające dorosłości. Opisuję presję grupy, wyzwania codziennego funkcjonowania w klasie, pierwsze przyjaźnie i pierwsze rozczarowania. Ja wiem, że to właśnie relacje są często najtrudniejszą, ale i najważniejszą lekcją dorastania.
Na końcu pozostaje mi tylko jedno pytanie. Kiedy następnym razem zobaczymy nastolatka siedzącego samotnie na ławce, nie pytajmy od razu, dlaczego nie podchodzi do innych. Zastanówmy się najpierw, ile razy wcześniej odważył się podejść… i wrócił z pustymi rękami.
Nikt nie rodzi się samotny. Czasem samotności trzeba się nauczyć. A to jest lekcja, której żadne dziecko nigdy nie powinno dostać – Magdalena Kosiń.
