NIE NAUCZYSZ PTAKA LATAĆ, POKAZUJĄC MU TYLKO OBRAZ NIEBA.
Czy sama analiza sytuacji społecznych nauczy nastolatków w spektrum autyzmu budować relacje rówieśnicze?
Za mną kolejny poniedziałek. Kolejne spotkania z rodzicami nastolatków w spektrum autyzmu. Tym razem usłyszałam jedno zdanie. „Ona mówi, że chciałaby mieć chociaż jedną przyjaciółkę.” „On marzy o tym, żeby ktoś po prostu napisał: Co robisz?.”
Za każdym razem, kiedy słyszę te słowa, uświadamiam sobie, jak bardzo my, dorośli, nie doceniamy znaczenia zwykłej relacji. Rodzice opowiadają o samotnych wakacjach swoich dzieci. O telefonach, które milczą. O mediach społecznościowych pełnych zdjęć z wyjazdów i spotkań, których ich nastolatek nigdy nie został częścią. O wieczorach spędzanych przy komputerze nie dlatego, że ekran jest ważniejszy od ludzi, ale dlatego, że ludzi po prostu zabrakło.
Patrzę na tych rodziców i myślę, że największym marzeniem wielu nastolatków w spektrum nie jest lepsza szkoła, droższy telefon czy wyższe oceny. Największym marzeniem jest usłyszeć od kogoś: „Fajnie, że jesteś.”
Może więc zamiast pytać: „Dlaczego on nie ma przyjaciół?”, powinniśmy zapytać: „Kto nauczył go, jak przyjaźń się buduje?”. To pytanie zmienia perspektywę. Nie oczekujemy od dziecka, że samo nauczy się czytać bez nauczyciela. Nie wymagamy, aby bez pomocy opanowało matematykę. Dlaczego więc zakładamy, że relacji społecznych nauczy się samo?

Nastolatki w spektrum autyzmu bardzo często pragną bliskości równie mocno jak ich neurotypowi rówieśnicy. Różnica polega na tym, że droga do tej bliskości jest dla nich znacznie bardziej skomplikowana. Trudniej odczytać niewypowiedziane zasady grupy, rozpoznać moment, w którym warto się odezwać, zrozumieć żart, zauważyć zmianę nastroju kolegi czy koleżanki albo ocenić, czy druga osoba rzeczywiście chce kontynuować rozmowę. To nie brak potrzeby relacji. To brak narzędzi, by je bezpiecznie tworzyć.
Najbardziej niepokoi mnie jednak coś innego. Jak wielu dorosłych uważa, że skoro nastolatek ma piętnaście czy szesnaście lat, powinien już sobie poradzić.
Rodzice często mówią: „Nie chcę się wtrącać.”
Nauczyciele dodają: „To już nie dzieci, niech sami rozwiązują swoje konflikty.”
A przecież młody człowiek w spektrum często nie wie nawet, od czego zacząć. Nie nauczy się prowadzenia rozmowy tylko dlatego, że skończył kolejną klasę. Nie zrozumie zasad przyjaźni wyłącznie dlatego, że jest starszy. Kompetencje społeczne nie dojrzewają od samego upływu czasu.
Nie wystarczy uczyć umiejętności społecznych w sali terapeutycznej, jeśli potem zostawiamy nastolatka samego w świecie, który tych umiejętności nie chce przyjąć. Nie chodzi o to, aby zmieniać wyłącznie dziecko. Trzeba zmieniać również środowisko.
- My możemy nauczyć nastolatka, jak rozpocząć rozmowę. Ale jeśli klasa od miesięcy go odrzuca, problem nie leży już w kompetencjach społecznych. Leży w relacji między ludźmi.
- Możemy nauczyć go kontaktu wzrokowego. Ale jeśli ktoś śmieje się z jego dosłowności, kontakt wzrokowy niczego nie naprawi.
- Możemy ćwiczyć prowadzenie dialogu. Ale jeśli nikt nie chce z nim rozmawiać, to nie brak scenariusza rozmowy jest największą przeszkodą.
Najpierw zrozum człowieka. Dopiero później wybieraj metody. Nigdy odwrotnie. Te kompetencje dojrzewają dzięki doświadczeniu. I właśnie tutaj dorośli mają do odegrania ogromną rolę. Nie poprzez organizowanie każdej relacji. Nie poprzez wybieranie przyjaciół za dziecko, ale poprzez bycie przewodnikiem. Pokazujmy, jak zaprosić kogoś na wspólny spacer. Ćwiczmy rozpoczynanie rozmowy w codziennych sytuacjach. Rozmawiajmy o tym, czym różni się znajomość od przyjaźni. Uczmy rozpoznawania szczerości, wzajemności i szacunku. Pomagajmy analizować trudne sytuacje nie po to, by oceniać, ale żeby zrozumieć, co wydarzyło się między ludźmi. Twórzmy okazje do naturalnych spotkań wokół wspólnych zainteresowań, pasji i aktywności. To właśnie tam najłatwiej rodzą się autentyczne relacje, bo rozmowa nie zaczyna się od konieczności „wymyślenia tematu”, lecz od wspólnego doświadczenia.
Nie chodzi o to, by uczyć nastolatka gotowych scenariuszy rozmów. Relacje nie są przedstawieniem teatralnym. Potrzebują prawdziwości.
Dlatego żadne zajęcia, choćby prowadzone z najlepszymi intencjami, nie zastąpią codziennych doświadczeń w realnym świecie, jeśli młody człowiek pozostaje z nimi sam. Największą wartość ma obecność dorosłego, który towarzyszy, pomaga zrozumieć niepowodzenia, zauważa sukcesy i cierpliwie buduje z nastolatkiem odwagę do kolejnych prób. Przyjaźni nie da się wyćwiczyć przy stoliku. Przyjaźń rodzi się między ludźmi.
W mojej książce „Mam skrzydła, ale naucz mnie latać” poświęcam cały rozdział relacjom rówieśniczym. Piszę o ogromnej potrzebie bliskości i jednoczesnym lęku przed nią. O tym, jak bezpieczne relacje stają się miejscem odbudowy poczucia własnej wartości. O presji grupy, pierwszych przyjaźniach, pierwszych zawodach i o tym, że brak relacji nie kończy się wraz z ukończeniem szkoły – bardzo często pozostawia ślad również w dorosłości. Pokazuję także, jak rodzice, nauczyciele i specjaliści mogą stać się przewodnikami, a nie jedynie obserwatorami tej drogi.
Na zakończenie chciałabym zostawić Państwa z jedną myślą. Nie pytajmy nastolatka w spektrum: „Dlaczego nie masz przyjaciół?”. Zapytajmy siebie: „Czy zrobiliśmy wszystko, aby nauczyć go, jak odnaleźć człowieka, przy którym nie będzie musiał udawać kogoś innego?”.
Każdy młody człowiek rodzi się z potrzebą więzi. Czasami potrzebuje tylko jednego dorosłego, który pokaże mu, że do prawdziwej przyjaźni nie prowadzi droga na skróty. Prowadzi przez czyjąś cierpliwość, obecność i wiarę, że jest wart tego, by ktoś chciał iść obok niego.
Największym prezentem, jaki możemy dać nastolatkowi i nastolatce w spektrum, nie jest nauczenie ich wszystkich zasad społecznych. Jest przekonanie ich, że zasługują na przyjaźń, nawet jeśli droga do niej jest trudniejsza – Magdalena Kosiń.
