NAJPIĘKNIEJSZE MASKI PĘKAJĄ W CISZY.
Perfekcyjni na zewnątrz, rozsypani w środku – o nastolatkach w spektrum autyzmu, których cierpienie pozostaje niewidoczne.
Moja codzienna praca to zajęcia z dziećmi i młodzieżą oraz spotkania konsultacyjne z rodzicami tych młodych ludzi w spektrum autyzmu. Zadziwia mnie, jak często pierwsze zdanie, które słyszę, brzmi niemal identycznie. „Nikt nam nie wierzy, że on naprawdę cierpi.” „Przecież dobrze się uczy…” „Przecież jest grzeczna…” „Przecież nie sprawia problemów…”
Siedzę naprzeciwko rodziców (choć zazwyczaj dzieli nas ekran komputera), którzy od miesięcy próbują przekonać otoczenie, że ich dziecko każdego dnia prowadzi walkę, której nikt nie widzi. Opowiadają o perfekcyjnych ocenach i perfekcyjnie spakowanym plecaku. O uśmiechu, który znika chwilę po przekroczeniu progu domu. O nastolatce, która przez cały dzień jest wzorową uczennicą, a wieczorem zamyka się w łazience i płacze z wyczerpania. O chłopaku, który nigdy nie sprawiał problemów wychowawczych, aż pewnego dnia przestał mieć siłę wstać z łóżka.

Najbardziej boli mnie jedno. Jak często cierpienie pozostaje niewidoczne tylko dlatego, że jest ciche.
Może więc zamiast pytać: „Jak on może być w spektrum, skoro tak dobrze sobie radzi?”, powinniśmy zapytać: „Ile kosztuje go to, żebyśmy wszyscy wierzyli, że sobie radzi?”
To pytanie zmienia wszystko.
Od lat obserwuję, że wielu nastolatków w spektrum autyzmu staje się mistrzami przystosowania. Uważnie obserwują innych. Uczą się gotowych scenariuszy rozmów. Zapamiętują reakcje kolegów, kopiują zachowania, ćwiczą mimikę, analizują gesty, starają się przewidzieć oczekiwania otoczenia. Nie dlatego, że chcą udawać. Dlatego, że chcą zostać zaakceptowani.
To zjawisko nazywamy maskowaniem. Choć samo w sobie może pomagać odnaleźć się w niektórych sytuacjach społecznych, długotrwałe funkcjonowanie w ten sposób bywa niezwykle wyczerpujące. Każdy dzień staje się nieustannym pilnowaniem siebie. Każde słowo jest analizowane. Każda reakcja kontrolowana. Każdy błąd przeżywany wielokrotnie jeszcze długo po powrocie do domu.
Nie ma w tym spontaniczności. Jest ogromny wysiłek. A kiedy wysiłek trwa miesiącami lub latami, organizm zaczyna mówić: „Już nie mogę.” „Nie daję rady.” „Mam dość.”
Coraz częściej spotykam nastolatków, którzy osiągają świetne wyniki w nauce, a jednocześnie zmagają się z przewlekłym lękiem, bezsennością, wypaleniem autystycznym, depresją czy zachowaniami autoagresywnymi. Z zewnątrz wydają się doskonale funkcjonować. W środku rozpadają się po kawałku.
Niepokoi mnie również to, że dorośli bardzo łatwo dają się zwieść pozorom.
• Jeżeli uczeń nie przeszkadza na lekcji, zakładamy, że wszystko jest dobrze.
• Jeżeli dostaje dobre oceny, uznajemy, że sobie radzi.
• Jeżeli nie sprawia problemów wychowawczych, nie zadajemy pytań.
A przecież brak widocznych trudności nie jest dowodem braku cierpienia. Bywa dowodem ogromnego wysiłku wkładanego w to, aby nikt tego cierpienia nie zauważył.
Nasza kultura często nagradza perfekcjonizm. Chwalimy dzieci za to, że są najlepsze, najbardziej obowiązkowe, najbardziej samodzielne, najgrzeczniejsze. Rzadziej pytamy, ile kosztowało je osiągnięcie tego ideału.
Tymczasem u wielu nastolatków w spektrum perfekcjonizm nie jest zdrową ambicją. Jest strategią przetrwania. Jeśli przez całe życie słyszysz, że jesteś „za bardzo”, „za mało”, „dziwny”, „zbyt wrażliwa”, zaczynasz wierzyć, że jedyną drogą do akceptacji jest bycie bezbłędnym. A przecież człowiek nie jest stworzony do życia bez prawa do błędu.
Perfekcjonizm, który z zewnątrz wygląda jak sukces, od środka często przypomina więzienie. Młody człowiek żyje w nieustannym napięciu. Boi się pomyłki, odrzucenia, rozczarowania innych. Z czasem przestaje odróżniać własne potrzeby od oczekiwań otoczenia. To nie prowadzi do dojrzałości. To prowadzi do utraty siebie.
W mojej trzeciej książce „Mam skrzydła, ale naucz mnie latać” wiele miejsca poświęcam właśnie niewidzialnemu cierpieniu nastolatków w spektrum autyzmu. Piszę o maskowaniu, o cenie, jaką młodzi ludzie płacą za nieustanne dopasowywanie się do świata, o późnych diagnozach i ich konsekwencjach dla zdrowia psychicznego. Pokazuję, że za perfekcyjnie wykonanymi zadaniami bardzo często stoi dziecko, które każdego dnia desperacko próbuje zasłużyć na akceptację.
Marzę o tym, abyśmy jako dorośli przestali zachwycać się wyłącznie tym, jak dobrze młody człowiek funkcjonuje. Zacznijmy interesować się tym, jak się czuje. Największym sukcesem nie jest wychowanie dziecka, które nigdy nie popełnia błędów. Największym sukcesem jest wychowanie człowieka, który wie, że może być kochany także wtedy, gdy nie jest doskonały.
„Najbardziej niebezpieczne maski to te, które zakładamy tak długo, aż sami przestajemy pamiętać, kim jesteśmy pod nimi” – Magdalena Kosiń.
