TAM, GDZIE NIKT NIE PYTA, DLACZEGO. O NASTOLATKACH, KTÓRZY SCHOWALI SWOJE SKRZYDŁA ZA EKRANEM.
Za mną kolejny tydzień konsultacji z rodzicami nastolatków w spektrum autyzmu. Kiedy zamykam drzwi gabinetu po ostatnim spotkaniu, jeszcze długo noszę w sobie ich historie. Każda jest inna. Każda ma własnych bohaterów, własne łzy, własne pytania i własną bezradność. A jednak wszystkie łączy jeden, niezwykle bolesny mianownik – samotność młodego człowieka, który coraz bardziej oddala się od świata, choć tak bardzo pragnie do niego należeć.
To spotkania, które wzruszają mnie za każdym razem. Nie dlatego, że słyszę o trudnościach – te znam od ponad 20 lat. Wzrusza mnie miłość rodziców, którzy z ogromną determinacją próbują odnaleźć drogę do własnego dziecka. Wzrusza mnie ich poczucie winy, kiedy pytają, co mogli zrobić inaczej. Ich bezsilność, gdy patrzą, jak nastolatek zamyka się w pokoju, przestaje wierzyć w siebie, traci radość życia i coraz częściej wybiera ekran zamiast ludzi. W ich oczach widzę jedno pytanie, którego często nawet nie wypowiadają na głos: „Czy jeszcze zdążymy do niego dotrzeć?”.
Jako terapeutka wiem, że za zachowaniami, które tak łatwo ocenić, niemal zawsze kryje się historia niezauważonego cierpienia (nie z powodu spektrum, tylko lekceważenia przez świat). Im dłużej pracuję z nastolatkami w spektrum autyzmu i ich rodzinami, tym mocniej utwierdzam się w przekonaniu, że zanim zaczniemy naprawiać zachowania, musimy nauczyć się rozumieć ich przyczyny. Bo młodzi ludzie nie zamykają się w świecie wirtualnym dlatego, że odrzucają rzeczywistość. Bardzo często robią to dlatego, że rzeczywistość zbyt wiele razy odrzuciła ich. Rodzice często mówią to samo. „Ona tylko siedzi w telefonie.” „On całymi dniami gra.” „Nic poza ekranem już jej nie interesuje.”
Za tymi zdaniami kryje się zmęczenie, bezradność i coraz częściej narastający konflikt. Kolejne zakazy, limity czasu ekranowego, odebrany telefon, wyłączony komputer i internet. Dom zamienia się w pole walki, a ekran staje się symbolem wszystkiego, co poszło nie tak. Ale czy na pewno walczymy z właściwym przeciwnikiem? Być może problemem nie jest to, że nastolatek ucieka do świata wirtualnego. Być może problemem jest to, że świat rzeczywisty od dawna nie zostawił mu miejsca, w którym czułby się bezpiecznie.
To jedna z najtrudniejszych prawd dotyczących dorastania osób w spektrum autyzmu. Dla wielu z nich świat cyfrowy nie jest wyłącznie rozrywką. Jest schronieniem. Tam rozmowy mają przewidywalne zasady. Można je przerwać, kiedy napięcie staje się zbyt duże. Nie trzeba przez cały czas analizować mimiki, tonu głosu, ironii czy niewypowiedzianych oczekiwań. Można znaleźć ludzi o podobnych zainteresowaniach, rozmawiać o swoich pasjach godzinami. Dla wielu nastolatków jest doświadczeniem niemal nieznanym – poczuć, że jest się częścią grupy. Przynależy do niej, na tych samych zasadać i przywilejach. Dla osoby, która każdego dnia wraca ze szkoły z poczuciem odrzucenia, świat wirtualny nie jest ucieczką od życia. Jest próbą odnalezienia życia. Zanim pojawiło się uzależnienie od telefonu czy gier, bardzo często pojawiła się samotność. Samotność, której nikt nie zauważył. Samotność w klasie pełnej ludzi. Samotność podczas przerw, kiedy wszyscy rozmawiają, a ktoś stoi pod ścianą, udając, że sprawdza coś w telefonie. Samotność dziecka, które po raz kolejny nie zostało zaproszone na urodziny. Samotność nastolatka, który słyszy śmiech grupy i nigdy nie ma pewności, czy nie śmieją się właśnie z niego, czy z niej.
Do tego dochodzą słabsze kompetencje komunikacyjne, trudności w odczytywaniu sygnałów społecznych, dosłowne rozumienie wypowiedzi, ogromny wysiłek związany z maskowaniem własnych trudności oraz ciągłe poczucie bycia „innym”. Każda nieudana rozmowa, każde niezrozumienie, każda odrzucona próba nawiązania relacji pozostawia ślad.
Nie widać go na świadectwie szkolnym. Widać go w poczuciu własnej wartości. Z perspektywy dorosłych często wygląda to zupełnie inaczej. „Nie wychodzi z pokoju.” „Nie chce spotykać się z ludźmi.” „Uzależnił się.” A może po prostu przestał czy przestała wierzyć, że w świecie realnym ktoś na niego czy na nią czeka?
Świat gier daje coś, czego bardzo często nie daje szkoła. Poczucie sprawczości. Jasne zasady. Przewidywalność. Możliwość rozwijania mocnych stron. Akceptację opartą na umiejętnościach, a nie na tym, czy potrafi odczytać dwuznaczny żart lub odnaleźć się w grupowej rozmowie.
To nie znaczy, że nadmierne korzystanie z technologii nie jest problemem. Jest. Potrafi prowadzić do zaburzenia rytmu dobowego, pogłębiać izolację społeczną, ograniczać aktywność fizyczną i utrudniać rozwój innych kompetencji. Jednak bardzo często jest ono skutkiem, a nie przyczyną trudności.
Jeżeli będziemy walczyć wyłącznie z ekranem, pozostawiając nietknięte źródło cierpienia, problem będzie wracał. Nie można odebrać komuś jedynego miejsca, w którym czuje się bezpiecznie, nie proponując niczego w zamian.
Niepokoi mnie, jak często dorośli koncentrują się wyłącznie na wynikach w nauce. Dopóki oceny są dobre, uznają, że wszystko jest w porządku. Tymczasem nastolatek może codziennie zdobywać piątki i jednocześnie przegrywać najważniejszą walkę – walkę o poczucie przynależności. Nie pytamy, czy ma z kim usiąść podczas przerwy. Nie pytamy, czy ktoś napisał do niego po lekcjach. Nie pytamy, czy od miesięcy nie usłyszał od rówieśników ani jednego szczerego: „Fajnie, że jesteś.” Za to pytamy o sprawdzian z matematyki. To nie brak wiedzy najczęściej niszczy zdrowie psychiczne młodych ludzi w spektrum. To chroniczne poczucie, że nigdzie nie pasują.

Jeżeli ten stan trwa latami, pojawiają się wtórne trudności. Zaburzenia lękowe. Depresja. Wypalenie autystyczne. Wycofanie społeczne. Coraz większa zależność od świata cyfrowego. A czasem również samookaleczanie – nie jako forma buntu, lecz dramatyczny sposób regulowania emocji, których nikt nie nauczył ich bezpiecznie przeżywać.
Nie rodzi się ono z telefonu. Rodzi się z cierpienia. Dlatego odpowiedzią nie powinno być wyłącznie ograniczenie czasu ekranowego. Odpowiedzią powinno być budowanie świata, do którego młody człowiek będzie chciał wracać. Świata, w którym znajdzie choć jedną bezpieczną relację. Choć jednego dorosłego, który zapyta: „Jak się dziś czułeś wśród ludzi?”, zamiast: „Ile znowu siedziałeś przy komputerze?”.
W mojej najnowszej książce „Mam skrzydła, ale naucz mnie latać” poświęcam temu zagadnieniu cały rozdział. Piszę o relacjach rówieśniczych – o ogromnej potrzebie bliskości, która często współistnieje z lękiem przed nią. O tym, że bezpieczne relacje potrafią odbudowywać tożsamość, podczas gdy ich brak pozostawia ślady na całe dorosłe życie. Pokazuję presję grupy, wyzwania codziennego funkcjonowania w klasie, trudności w budowaniu przyjaźni i relacji romantycznych oraz znaczenie grup wsparcia jako przestrzeni, w której młody człowiek może po raz pierwszy poczuć się naprawdę rozumiany.
Bo każdy nastolatek chce kiedyś odłożyć telefon. Najpierw jednak musi mieć do kogo podnieść wzrok. A my, dorośli, powinniśmy zadać sobie pytanie, które boli najbardziej. Czy naprawdę chcemy odebrać mu ekran? Czy może powinniśmy najpierw stworzyć świat, do którego będzie chciał wrócić?
Największym ciężarem dla nastolatka w spektrum autyzmu nie jest sam autyzm. Największym ciężarem jest życie w świecie, który nieustannie daje mu do zrozumienia, że powinien przestać być sobą – Magdalena Kosiń.
