NAJCIĘŻSZE MASKI NIE ZASŁANIAJĄ TWARZY. ZASŁANIAJĄ DUSZĘ.
O nastolatkach w spektrum autyzmu, które przyjmują maskę kogoś innego, po to by przetrwać.
Za mną setki rozmów z rodzicami nastolatków w spektrum autyzmu. Tym razem chcę Wam opowiedzieć historie wielu dziewcząt w spektrum autyzmu, które zostawały ze mną do dziś. Tu szczególnie chcę zwrócić uwagę na te dziewczęta, które przez lat funkcjonowały bez diagnozy.
W ciągu tych 20 lat mojej pracy spotkałam wiele dziewcząt, które siedziały naprzeciwko mnie ciche, uśmiechnięte, uprzejme. Takie, o których nauczyciele powiedzieliby: „Nie sprawia żadnych problemów.”
Ich mamy (bo ojcowie rzadko przychodzili na te spotkania) mówiły niemal szeptem: „W szkole nikt nic nie widzi. Nikt nie rozumie, że ona wraca każdego dnia całkowicie wyczerpana.” „Po lekcjach zamyka się w pokoju i nie ma siły z nikim rozmawiać.” „Cały dzień udaje, że wszystko jest w porządku.”
Patrzyłam na te dziewczęta i myślałam o tym, jak wiele energii kosztuje je bycie kimś, kogo oczekuje świat. A najbardziej bolało mnie to, że otoczenie nazywa to… dobrym funkcjonowaniem, właściwym funkcjonowaniem.
Może więc zamiast pytać: „Dlaczego diagnozę postawiono tak późno?”, powinniśmy zapytać: „Ile lat musiała udawać, że wszystko jest dobrze, zanim ktoś odważył się zapytać, jak naprawdę się czuje?”. To pytanie zmienia perspektywę.
Dziewczęta w spektrum autyzmu od najmłodszych lat (szczególnie te w normie intelektualnej i z dobrymi kompetencjami językowymi) bardzo często uczą się obserwować świat. Patrzą. Analizują. Zapamiętują. Naśladują. Uczą się, kiedy należy się uśmiechnąć. Jak długo patrzeć rozmówcy w oczy. Kiedy się śmiać, choć żart pozostaje niezrozumiały. Jak ukryć przeciążenie. Jak nie zwracać na siebie uwagi. Jak być „normalną”.

To właśnie maskowanie. Nie jest ono świadomym oszukiwaniem świata. Jest próbą przetrwania w świecie, który zbyt często bardziej nagradza dopasowanie niż autentyczność. Dziewczęta niezwykle szybko uczą się jednej rzeczy. Bycie sobą nie zawsze spotyka się z akceptacją. Stają się więc tym, czego oczekują inni. Są grzeczne. Pomocne. Perfekcyjne. Niewidoczne. A jednocześnie każdego dnia coraz bardziej oddalają się od samych siebie.
Maskowanie ma swoją cenę. I jest ona znacznie wyższa, niż wielu dorosłych przypuszcza. To przewlekłe napięcie. Nieustanne monitorowanie własnego zachowania. Lęk przed popełnieniem najmniejszego błędu. Patologiczny perfekcjonizm. Poczucie, że trzeba zasłużyć na akceptację. Zmęczenie, którego nie da się odespać. Coraz częściej również zaburzenia lękowe, depresja, wypalenie autystyczne czy zachowania autoagresywne.
Nie dlatego, że autyzm prowadzi do cierpienia. Dlatego, że przez lata młody człowiek żyje w przekonaniu, iż jego prawdziwe „JA” nie zasługuje na akceptację.
Niepokoi mnie, jak często późne diagnozy dziewcząt są konsekwencją tego, że były… zbyt grzeczne, zbyt ciche, zbyt doskonałe. Nie przeszkadzały. Nie wdawały się w konflikty. Miały dobre oceny. Siedziały cicho. A skoro nie sprawiały problemów, uznano, że problemów nie mają.
Jak wielu z nas nadal myli ciszę z dobrostanem? Jak wielu dorosłych zachwyca się dziewczynką, która „świetnie sobie radzi”, nie wiedząc, że po powrocie do domu nie ma już siły być córką, siostrą czy koleżanką?
Maskowanie nie jest sukcesem wychowawczym. Jest sygnałem, że młody człowiek nie czuje się wystarczająco bezpiecznie, aby być sobą. Dlatego rolą dorosłych nie jest uczyć dzieci coraz doskonalszego dopasowywania się do świata. Naszym zadaniem jest budowanie takiego świata, w którym nie będą musiały ukrywać swojej prawdziwej twarzy.
W mojej książce „Mam skrzydła, ale naucz mnie latać” poświęcam wiele miejsca dziewczętom, których spektrum autyzmu przez lata pozostawało niewidoczne. Piszę o maskowaniu, o późnych diagnozach, o ogromnym koszcie psychicznym nieustannego dopasowywania się do oczekiwań otoczenia. Pokazuję również, jak łatwo pomylić „grzeczną dziewczynkę” z dziewczynką, która każdego dnia toczy cichą walkę o przetrwanie.
Marzę o tym, abyśmy jako rodzice, nauczyciele i specjaliści nauczyli się patrzeć głębiej. Nie tylko na zachowanie. Nie tylko na oceny. Nie tylko na to, jak dziecko funkcjonuje. Przede wszystkim na to, ile wysiłku kosztuje je każdy kolejny dzień. Największym prezentem, jaki możemy dać dziewczynce w spektrum, nie jest nauczenie jej kolejnej maski. Jest stworzenie takiego świata, w którym będzie mogła ją bezpiecznie zdjąć.
Najbardziej niebezpieczne nie są maski, które zakładamy na twarz. Najbardziej niebezpieczne są te, które nosimy tak długo, aż zaczynamy wierzyć, że to one są nami.
„Nie uczmy dzieci w spektrum lepiej ukrywać swoją inność. Uczmy świat lepiej ją rozumieć.”- Magdalena Kosiń.
