KRZYK, KTÓREGO NIKT NIE USŁYSZAŁ
O nastoletnich dziewczętach w spektrum autyzmu, których emocje wybuchają w środku.
Kiedy zamykam drzwi gabinetu, długo jeszcze myślę o dziewczętach, które siedziały naprzeciwko mnie. Większość z nich była niezwykle spokojna. Uprzejma. Dojrzała. Dobrze wychowana. Nie sprawiała problemów. Nie krzyczała. Nie trzaskała drzwiami. Nie wdawała się w konflikty.
Patrząc na nie, wielu dorosłych powiedziałoby: „Świetnie sobie radzi.” A ja coraz częściej widzę coś zupełnie innego. Widzę dziewczynki, które od lat nauczyły się cierpieć po cichu. Może więc zamiast pytać: „Dlaczego nic nie mówi?”, powinniśmy zapytać: „Ile już powiedziała swoim milczeniem?”. Prawda, że to pytanie zmienia perspektywę.
Pisząc wczoraj o emocjach chłopców w spektrum autyzmu, pokazywałam, że ich napięcie często wydostaje się na zewnątrz. Dziewczęta bardzo często robią coś odwrotnego. Zamykają emocje w sobie. Uśmiechają się wtedy, gdy chciałyby płakać. Pomagają innym, choć same rozpaczliwie potrzebują pomocy. Przepraszają za swoje istnienie. Próbują być takie, jakich oczekuje świat. Aż któregoś dnia przestają wiedzieć, kim naprawdę są. Wiele z nich przez lata pozostaje bez diagnozy. Nie dlatego, że nie mają trudności. Dlatego, że nauczyły się je perfekcyjnie ukrywać. Obserwują rówieśniczki. Kopiują zachowania. Ćwiczą mimikę. Przygotowują w głowie całe scenariusze rozmów. Śmieją się wtedy, kiedy śmieją się inni. Wracają do domu. I opadają z sił. To właśnie maskowanie. Nie jest oznaką dobrego funkcjonowania. Jest ogromnym wysiłkiem. Codzienną pracą wykonywaną po to, aby nikt nie zauważył, że świat jest dla nich znacznie trudniejszy niż dla większości rówieśników.

Nawet dziewczęta, które otrzymały diagnozę, często nie przestają cierpieć. Diagnoza nie wycisza przeciążonego układu nerwowego. Nie usuwa lęku przed odrzuceniem. Nie sprawia, że nagle łatwo odnaleźć się w relacjach. Ona jedynie pozwala zrozumieć, dlaczego przez tyle lat było tak trudno.
Jedną z najpiękniejszych, ale jednocześnie najbardziej bolesnych cech wielu dziewcząt w spektrum jest hiperempatia. Świat często myli autyzm z brakiem empatii. Tymczasem wiele dziewcząt odczuwa emocje innych ludzi z niezwykłą intensywnością. Przejmują się cudzym smutkiem. Zapamiętują czyjeś łzy. Noszą w sobie konflikty, których nawet nie były uczestniczkami. Próbują ratować wszystkich. Zapominając o sobie. Ich własne emocje stają się tak ciężkie, że przestają mieć miejsce, gdzie mogłyby bezpiecznie wybrzmieć. I właśnie wtedy pojawia się to, czego najbardziej się boję. Lęk. Poczucie osamotnienia. Depresja. Zaburzenia odżywiania. Samookaleczenia. Nie dlatego, że dziewczęta chcą zwrócić na siebie uwagę. Najczęściej dlatego, że przez bardzo długi czas nikt nie zwrócił uwagi na nie.
To nie są skutki autyzmu. To bardzo często konsekwencje wieloletniego niezrozumienia, przeciążenia i życia w ciągłym przekonaniu, że trzeba być kimś innym, żeby zasłużyć na akceptację. Każde z tych doświadczeń zasługuje na osobną rozmowę. Na osobny felieton. Na spokojne i uważne zatrzymanie, bo za każdym z nich stoi konkretna dziewczyna. Z konkretną historią. Z konkretnym bólem.
W mojej książce „Mam skrzydła, ale naucz mnie latać” wiele miejsca poświęcam właśnie niewidzialnemu cierpieniu nastoletnich dziewcząt w spektrum autyzmu. Piszę o maskowaniu, późnych diagnozach, hiperempatii i zdrowiu psychicznym, ale przede wszystkim pokazuję, jak ogromną cenę płacą za nieustanne próby dopasowania się do świata. Wierzę, że kiedy dorośli zaczną rozumieć to, co dzieje się pod powierzchnią spokojnego uśmiechu, wiele dziewcząt nie będzie już musiało samotnie dźwigać ciężaru, którego nie powinny nigdy nosić.
Marzę o świecie, w którym przestaniemy chwalić dziewczynki wyłącznie za to, że są grzeczne. Zacznijmy pytać, czy są szczęśliwe. Najcichsze cierpienie nie jest najmniejsze. Jest tylko najtrudniejsze do zauważenia.
„Najbardziej niebezpieczne nie są łzy, które widzimy. Najbardziej niebezpieczne są te, których dziewczynka nauczyła się nie uronić przy nikim” – Magdalena Kosiń.
